Witaj! Czy wiesz, skąd wzięły się kaczeńce? Przeczytaj legendę Ireny Kwinto o tych złocistych kwiatkach. Poznaj historię biednego rybaka i pięknej młynarzówny. Sprawdź, jaki los spotkał dumną Młynarzównę za igranie z ludzkim uczuciem...

Wieś powoli kładła się do snu. Gdzieniegdzie porykiwały jeszcze krowy. Nawoływali się ludzie, cichł w dali skrzyp spóźnionego wozu wjeżdżającego do za- grody. Uciszał się też wiatrak na wzgórzu. Ramiona rozpinał szeroko, wyciągał je, jakby prostował po znojnej pracy. W dole jezioro zastygało w zadumie. Czasami za- trzepotała w trzcinie dzika kaczka. Wscho- dził księżyc. O tej właśnie porze lubiła Młynarzówna biec po wodę, patrzeć w nią jak w zaczarowane zwierciadło i zachwy- cać się swoją urodą. Bo też i piękna była Młynarzówna. Usta maiła kalinowe, włosy jak skrzydła krucze, oczy jak krynice przej- rzyste. Wzdychali do niej młodzi rybacy, ale ona żadnego nie chciała.
W wieczór zdawała się sobie jeszcze piękniejsza. Białe dłonie zanurzała w zim- nej tafli i jak do białych kielichów nabierała w nie wodę. Przesiewała przez różowe palce krople błyszczce niby brylanty w świetle księżyca. I jedno tylko miała marzenie: być coraz piękniejszą. Nie wiedziała, że każdego wieczoru w nadbrzeżnym szuwarze drży łódź, a w łodzi młody rybak patrzy na nią z daleka zachwyconymi oczyma.
Widział z wysokich szuwarów wierzbą nad brzegiem rosnącą, a pod wierzbą nad wodą jak biały kwiat nenufaru jaśniała w mroku twarz Młynarzówny. Urzeczony patrzył w tę piękną twarz. Gdyby choć raz podpłynąć bliżej, gdyby choć raz ujrzeć jej uśmiech piękniejszy niż kwiat.
Jednego wieczoru, gdy stał zapatrzony, wiosło wypadło mu z dłoni. Uderzyło z plus- kiem o wodę. Zerwały się ze snu dzikie kaczki, zakrzyczały rybitwy. Spłoszyła się Młyna- rzówna.
Chłopak uchwycił wiosło, łódź poderwała się i popłynęła naprzód. Już słyszał cichy szum wierzby. Liście jej odbijały się w wodzie srebrnym blaskiem księżyca. Nie wiedział, czy łódką płynie, czy idzie ku swej miłej po promieniu księżyca, przez srebrny, drobnolistny dywan. Był blisko. Czapkę do piersi przycisnął i pozdrowił:
- Dobry wieczór.
A Młynarzówna nic. Tylko dłonią jak kwiat w mroku jaśniejący lekko nad wodą kołysze.
- Dobry wieczór - powtórzył.
Spojrzała Młynarzówna. Księżyc jasno oświeca smagłą twarz, oczy błękitne, orle rysy chłopaka. Już wie: to ten śmiały, odważny na wodzie, pierwszy przy pracy i w tańcu - i ten najbiedniejszy! Dumnie zagryzła kalinowe usta. Też mi kawaler!
- Czy nie odpowiesz mi na pozdrowienie?
- Co ci po moim pozdrowieniu?
- Bo podobasz mi się, dziewczyno!
- Wcalem nie ciekawa. Nie tobie pierwszemu.
- Ale mnie nigdy uśmiechem łaskawym nie obdarzyłaś.
- Na co ci mój uśmiech?
- W sercu go schowam na dni pochmurne i smutne. O uśmiech tylko proszę.
Spojrzała na niego uważniej.
- Może się uśmiechnę, ale najpierw bursztyny mi przynieś. Bursztyny jak miód przej- rzyste, złociste jak słonko, jak żywica leśna, a wtedy zobaczymy.
Warkoczami kruczymi potrząsnęła i szybko na wzgórek wbiegła. Ale! Uśmiechu mu się zachciało! Niechże biedaczyna o bursztynach pomarzy!
A młody rybak od tej pory chwili wytchnienia nie miał. Całe dnie w czółnie spędzał. Ryby łowił, sprzedawał, pieniądz zdobyty do sakiewki chował, ale wciąż było za mało. Za mało go było na te bursztyny, złociste jak słonko, jak żywica leśna. Pragnienie ujrzenia uśmiechu Młynarzówny opanowało go jak gorączka. O niczym nie mógł myśleć ani spać, ani jeść. We dnie nawet jawiła mu się z kalinowymi ustami, które nie chciały się uśmiechnąć.
Raz nadciągała burza. Nie bacząc na nic odbił łódź od brzegu. Płynął szybko. Brzeg z chylącymi się kitami trzcin zdawał się uciekać od niego. Trwożne ptactwo zapadało w trzciny. Wkrótce był na środku jeziora. I nagle rozszalał się wicher, rozgniewał, pędzi ku niemu wały pian.

O jakże straszny wichru śmiech!
Hej! Poszedł z czółnem w dziki tan!
A wichru wycie, wichru śmiech
zda się powtarza tysiąc ech...

Wtem na spienionej fali ukazała się głowa w koronie ni to ludzka - ni to rybia. Oblicze ma groźne, a oczach błyskawice. Dziwny stwór skinął płetwą i czółno stanęło w miejscu. Opadły spiętrzone fale, a król w koronie przemówił:
- Dlaczego codziennie we dnie i w nocy łódź twoja nieustannie zakłóca mi spokój? Człowieku, widzę, że wielka chciwość cię ogarnęła i za tę chciwość będziesz ukarany!
Oprzytomniał młody rybak i pierwszy raz w życiu lęk go ogarnął straszliwy. Czyż nie sam Król Ryb do niego mówi? Myślał, że żyje tylko w starych warmińskich baśniach, a tu... Ze strachu przemówić nie może.
- Wiedz, żem sprawiedliwy, toteż pozwolę ci rzec słowo na swą obronę. Mów!
Rybak drżącymi wargami zaczął mówić. I sam nie wiedział, kiedy z serca poczęły rwać się słowa pełne żalu, goryczy i miłości.
- Ano, dziewczyna mi w serce zapadła. Ale cóż, biedny ja rybak, a ona Młynarzówna, jedynaczka. Chciałbym, aby choć uśmiech, choć tylko jej uśmiech w serce jak słoneczny promyk schować. A ona, jedynaczka, wiadomo, do kaprysów nawykła. Bursztynów za uśmiech żąda. Bursztynów jak miód przejrzystych. Na te bursztyny grosz zbieram. Życie bym za nie zapłacił!
Złagodniał wzrok Króla Ryb.
- Teraz rozumiem! Nie wiem, czy ci się to na dobre obróci. A czemuż ci się tak udała?
- Usta kalinowe ma, oczy jak krynice przejrzyste, włos kruczy nad białym czołem i dło- nie jak kwiaty.
- To mało. O, jakże za mało! Ej, ludzie! Ludzie niemądrzy!
Uderzył srebrną płetwą o falę i zniknął pod wodą, a rybak czuł w dłoni sznur korali. Bursztyny to były! Najpiękniejsze w świecie bursztyny! Jak miód przejrzyste! Słońce w nich grało ciepłym złotem, zdały się płonąć jak żywica. Przeżegnał się rybak nabożnie - ale bursztyny nie znikały. Wówczas usiadł na dnie łodzi i bursztyny do serca przytulił.
Młynarzówna bursztyny na smukłej szyi wiesza, a na młodego rybaka nie spojrzy. Po uśmiech każe przyjść później...
Na próżno co wieczór płynie rybak pod wierzbę, na próżno jutra wygląda. Liczko Młynarzówny coraz chmurniejsze, choć bawią ją jego gorące prośby i miłość, która ze słowa każdego wychyla się jak płomienny kwiat. Co mu się marzy, biedakowi!
Przyszła słotna, zła jesień. Pożółkły i opadły listki wierzby znad jeziora. Nadeszła zima, zamroziła siną taflę. Nie przychodziła dziewczyna nad wodę. Rybak rozpacz pracą zabija; praca nie wzbrania marzeń. Czas przy pracy zwykle szybciej mija.
Minęła i zima. A kiedy wiosna ciepłą dłonią dotknęła pąków drzew, znów biegła Młynarzówna w jezioro jak w zwierciadło patrzeć i urodą swoją się radować.
Księżyc na krucze włosy srebrzysty kładł diadem - bursztyny połyskiwały na smukłej szyi jak gwiazdy.
I znów w swej łodzi czekał na nią rybak. Znów łudził się, że może jej uśmiech zobaczy. Ale dziewczyna zdawała się go nie dostrzegać. Aż raz zapytał.
- Kiedyż dotrzymasz obietnicy? Podarek mój wzięłaś, weź i moje serce. Żoną mi zostań, dziewczyno!
W blasku księżyca ujrzał jej oczy jak zimne krynice. I po raz pierwszy usłyszał jej śmiech. Rozsypał się perlistą gamą. Śmiała się długo, drwiąco, okrutnie. Śmiejąc się znikła w mroku. Nie widział rybak, kiedy księżyc dźwignął się wysoko. Leżał na dnie łodzi, która go niosła hen na środek jeziora. Serce miał po brzegi pełne tego drwiącego, okrutnego śmiechu. Wszystkie jego marzenia zgasły jak iskry na wietrze. Niczego już nie pragnął.
Fala cichym pomrukiem uderzała o brzeg łodzi, przelewała się przez nią piesz- czotliwie chłodząc czoło rybaka. Księżyc ukrył twarz w chmurach, a kiedy wyjrzał i rozprysnął srebrem po wodzie, nie było już łodzi, ni rybaka.
Nazajutrz wieczorem jak zwykle biegła Młynarzówna na jezioro. Pochyliła się nad wodą, by się swoją urodą nacieszyć, gdy nagle zerwał się wiatr. Zaszeleściła trwożnie drobnymi listkami wierzba. Uniosła się fala i prysnęła pianą w twarz dziewczyny . A gdy opadła, na brzegu nie było nikogo, tylko na podmokłej łące nad jeziorem jaśniały w blasku księżyca złociste kaczeńce, których przedtem tu nie było.

Próżno stary młynarz szukał swej córy. Woda szumiała tajemnie i cicho. Jednakie było dla niej ubóstwo rybaka i bogactwo Młynarzówny. Tylko co roku od tego czasu rozkwitają na łące nad jeziorem kwiaty o płatkach barwy bursztynu. Powiadają starzy, że to rozsypane bursztynowe korale Młynarzówny, którą Król Ryb ukarał za igranie z uczuciem ludzkim.

Czy można wierzyć starej legendzie?
Na to trzeba zabłądzić w Krainę Wielkiej Baśni.